0

Zupełnie inny świat – Grenlandia

Lodowa pustynia – to pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdy wylądowaliśmy w Kangerlussuaq, małej miejscowości tuż przy kole podbiegunowym. Widzisz tyko kilka domków, lotnisko, jeden sklep i pocztę  a potem długo, długo nic. Właściwie bardzo długo, bo do każdej innej miejscowości trzeba już dolecieć samolotem…

Grenlandia to największa na świecie wyspa, w większości pokryta lodem. Lato trwa tutaj bardzo krótko: od czerwca do końca sierpnia, i nie oznacza to upałów. W tym okresie średnie temperatury wynoszą 10 stopni. Zdarzają się dni, kiedy w takich miastach jak Nuuk (stolica Grenlandii), na zewnątrz jest 15, czasem nawet 20 stopni.
–    Wychodzimy wtedy nad wodę i grillujemy – mówi Liisi Egede Hegelund, która tam się urodziła i mieszka do dziś.

Zima jednak potrafi dać w kość. W Kanderlussuaq, gdzie spędziłam pierwszą i ostatnią dobę, na początku listopada jest ok. – 20 stopni. Ostatniego dnia udało mi się nawet załapać na – 28. To duża zmiana, bo w Polsce termometr pokazuje +14. – Najgorzej jest zimą – mówi mi Claude, który na Grenlandii jest już dziesiąty raz, zawsze przylatuje tu pod namiot. – Kiedyś robiłem sobie urlop w grudniu, ale stwierdziłem, że jest za zimno, trafiłem na – 45 stopni – opowiada jakby nigdy nic odlewając makaron, a ja nie mogę w to uwierzyć. 10 raz na Grenlandii? Za każdym razem pod namiotem? W takich temperaturach? – Jestem zmęczony pracą, miastem, pędem. Tutaj odpoczywam. W ciągu dnia muszę się skupić na prostych zadaniach takich jak: roztopienie śniegu, przygotowanie jedzenia, zabezpieczenie namiotu. Obcuję ze zwierzętami, podziwiam zorze polarne, wracam jak inny człowiek – wyjaśnia. Ja jednak pod namiot wolałabym się wybrać w cieplejsze miejsce…

Następnego dnia lecę do Nuuk. Tutaj temperatura jest nieco bardziej łaskawa: od -4 do -10 stopni. Niestety codziennie wieje wiatr, który daje w kość. – Przy tym wietrze odczuwalna temperatura to -27 stopni – wyjaśnia mi Bo Kristensen, kiedy zaczynam marudzić, że jest mi zimno. Mam na sobie mnóstwo warstw, zdają egzamin, ale patrzę na długie, włochate kozaki kobiet, które chodzą po mieście i widzę, że Grenlandczycy mają swoje sposoby na te temperatury. – Nosimy nuty ze skóry fok, można też kupić takie czapki, spodnie czy inne elementy stroju – wyjaśnia mi Tanny Por z Visit Greenland. Podejście do futer w miejscu takim jak Grenlandia jest zupełnie inne – Jemy mięso z fok, skóra jest czymś, co zostaje przy okazji. Nie poluje się dla niej na zwierzęta – wyjaśnia mi Bo.

I rzeczywiście: mięso króluje na stołach na Grenlandii: burgery z piżmowołu, renifera,  pyszne dania z baraniny, zupa z foki, z wieloryba. Co prawda nie jest to moje menu, ale mięsożercy będą zachwyceni. Pierwszy raz w życiu jestem w miejscu, gdzie pasta z warzywami jest droższa od tradycyjnego spaghetti i trudno się dziwić, w końcu jesteśmy na wyspie, gdzie trudno wyhodować cokolwiek.

Trzeba kilku dni, by oswoić się z nową temperaturą, otoczeniem, zmianą czasu (cztery godziny). Kiedy to masz już za sobą, robi się bajecznie. Na Grenlandii – właściwie w każdej części – widoki zapierają dech w piersiach. Latem jest zielono, zimą biel przeplata się z błękitem.  Lodowce, fjordy, kolorowe domki i ocean to wszystko tworzy wyjątkowo malowniczą scenerię do spacerów, biegania, trekkingu, rejsów statkiem. Jest wiele miejsc, które warto zobaczyć: jak choćby Ilulissat, Upernavik, Sisimiut, Manitsoq czy Paamiut. Ja – ze względu na ciążę – zwiedziłam Kangerlussuaq i Nuuk.

Nocą na własne oczy można podziwiać zorze polarne. W czasie 7 dniowego pobytu sama trafiłam na 3 takie wieczory. Wtedy przestaje doskwierać niska temperatura: po prostu zatrzymujesz się i patrzysz w niebo. Masz wrażenie, że świat wokół przestał istnieć.

Ale widoki to nie wszystko. Grenlandia to przede wszystkim ludzie. Poznałam wielu rodowitych Grenlandczyków, którzy poświęcili nam mnóstwo czasu, pokazali ciekawe miejsca, opowiedzieli o codziennym życiu na lodowej pustyni. Wszystko zupełnie bezinteresownie, z uśmiechem na twarzy i ogromną życzliwością. Nie da się nie zauważyć, że tutaj w ogóle wszyscy są bardzo pomocni, chętni do współpracy, otwarci.

Kiedy na Grenlandię?
Najlepiej latem, a konkretniej w czerwcu. Wówczas dni są baaaaaaaaardzo długie (ok. 20 godzin), temperatury przyjemne (średnio 10 stopni, ale zdarzają się dni i +15 i +20), a z kolei nie ma gigantycznej ilości komarów i małych muszek, które skutecznie potrafią zatruć życie w lipcu i sierpniu.

Jak dolecieć?

Właściwie jedyne linie lotnicze, które mają w swojej ofercie loty na Grenlandię, to Air Greenland. Samoloty latają z Kopenhagi do Kangerlussuaq (niewielka miejscowość tuż przy kole podbiegunowym), a stamtąd lecimy już do dowolnej miejscowości mniejszym samolotem. Niestety przesiadka jest konieczna ponieważ tylko w Kangerlussuaq jest wystarczająco duże lotnisko, by mogły na nim lądować samoloty z Kopenhagi. Można jednak także dolecieć do Nuuk bezpośrednio z Reykjaviku. Bilety można znaleźć np. na esky.pl. Moim zdaniem warto polecieć do Nuuk (dużo więcej możliwości) i stamtąd planować dalsze działania, np. rejs statkiem i wizyty w kolejnych miejscowościach.

Jaka waluta?
Na Grenlandii obowiązuje korona duńska (DKK) ja jednak będę podawać ceny w EUR, by łatwiej wszystko przeliczać. Najtańsze połączenie z Kopenhagi do Nuuk to koszt ok. 600 EUR za osobę w dwie strony. Do Kopenhagi możemy dolecieć, dojechać pociągiem lub autobusem.

Jedzenie, Internet, komunikacja
Za główne danie na mieście zapłacimy od 15 do 25 EUR. Jeśli chodzi o Internet – to ciężki temat. W kawiarniach czy restauracjach musimy za niego dodatkowo płacić, w niewielu opcjach noclegowych jest wifi, czasem trzeba za nie dodatkowo zapłacić. My szukaliśmy takiego noclegu, by wifi było więc jeśli nam na tym zależy, warto się upewnić jeszcze przed wyjazdem. Można dodatkowo kupić sobie kartę SIM na miejscu.
W Nuuk istnieje komunikacja miejska: autobusy. W nagłych sytuacjach (np. kurs z lub na lotnisko) można tez korzystać z taksówek. Generalnie wszędzie można się dostać na piechotę, nie są to wielkie odległości, szczególnie dla biegaczy.

Na Grenlandię poleciałam zrealizować swój pierwszy bieg w ramach większej akcji Fajna Życiówka. Przy okazji tego biegu, pomagamy Zosi, która czeka na operację serca. Jeśli podobał ci się ten tekst, czujesz się zainspirowany do działania, pomóż proszę Zosi wpłacając symboliczną kwotę do skarbonki, którą założyliśmy na serwisie: siepomaga.pl

Podziel się:



Kategoria: Relacje

1 comment

  • Magdalena

    Witaj,

    Bardzo podoba mi się twój artykuł.

    W te wakacje- sierpień, wybieram się w to miejsce i zaczynam swą przygodę na ziemi Innuitów od miasta Kangerlussuaq. Czy masz jakieś informacje bardziej szczegółowe odnośnie twego trekkingu (ile dni, czy macie zaznaczoną trasę swego szlaku- np. GPS, jakie szczególne trudności, czego absolutnie nie zapomnieć, itd)? Każda informacja mile widziana, gdyż mało źródeł.

    Ogólnie już byłam na kilku dłuższych wyprawach, Iran, Gruzja i życie na łonie natury nie jest mi obce. (Polecam zdecydowanie Iran, jeśli nie miałaś okazji tam być.) Ale mimo doświadczenia próbuję jak najbardziej dogłębnie przygotować się do wyprawy. 🙂

    Z Kangerlussuaq chcemy zahaczyć o Sissimiut i stamtąd wziąć statek do Illulissat.

    Z góry wielkie dzięki.

    Pozdrawiam,
    Magdalena

zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *