IATA krytykuje rządy za zachowanie w sprawie chmury wulkanicznej z Islandii. Ministrowie transportu Unii Europejskiej zbiorą się (na wideo-konferencji, co znamienne), aby szukać sposobów rozwiązania kryzysu w branży podróżniczej. Wielka Brytania chce ewakuować swoich obywateli do domu przy pomocy swojej foty wojennej. Sytuacja na europejskim niebie jest poważna. I to wszystko przez odległy, nie dający się po ludzku wymówić, wulkan Eyjafjöll.

Wprawdzie media częściej podają nazwę Eyjafjallajökull, ale nie jest to ścisłe, gdyż tak nazywa się lodowiec, pod którym drzemie wulkan. Choć niestety, właśnie ostatnio nie drzemie.

Wprawdzie linie lotnicze, KLM, Air France, Lufthansa, przeprowadziły podczas weekendu testy, z których wynikało, że latanie po niebie nad Europą jest bezpieczne, jednak doniesienia są sprzeczne, bo np. w piątek pojawiła się informacja, że silniki odrzutowe w myśliwcach F-18 sił powietrznych Finlandii, biorących udział w czwartek rano w ćwiczeniach zostały „znacznie” uszkodzone przez chmurę pyłu po wybuchu wulkanu na Islandii.

Pyłu nie można więc lekceważyć. Jego obecność jest wykrywalna, ale niezbyt dokładnie. Poza tym rozprzestrzenianie się chmury z wulkanu zależy od niezwykle dynamicznych i niełatwych do ścisłego monitorowania zjawisk pogodowych.

Niewykrywalny przez radary papier ścierny

Jednym z najbardziej znanych przypadków kontaktu samolotu pasażerskiego z chmurą substancji wyrzucanych z wulkanu jest historia Boeinga 747 British Airways z 263 osobami na pokładzie lecącego z Londynu do Perth w Australii – głównie za sprawą filmu dokumentalnego National Geographic, szeroko rozpowszechnianego w ostatnich dniach w Internecie:

Na wysokości jedenastu tysięcy metrów w kabinie pojawił się dym, maszynę spowiła biało-niebieska poświata i wszystkie cztery silniki zgasły. Boeing zaczął szybko wytracać wysokość a poziom tlenu w kabinie spadał. Na szczęście po wielokrotnych próbach pilotom udało się uruchomić silniki. Samolot wylądował awaryjnie w Dżakarcie, stolicy Indonezji.

Wygląd maszyny po wylądowaniu zdumiał wszystkich. Wyglądała, jak dokładnie oszlifowana – bez farby, napisów, kompletnie matowa. Silniki Rolls-Royce’a były porysowane, pokryte pyłem i innymi drobinami. Okazało się, że winna była erupcja jednego z indonezyjskich wulkanów, która wzbiła na wysokość przelotową chmurę pyłu wulkanicznego, w którym pełno jest ostrych drobinek skał, często niezwykle twardych.

Silnikom samolotowym pył szkodzić może jeszcze w inny sposób. Mianowicie, drobiny po dostaniu się do silnika topią się w temperaturze spalania, która wynosi 1000 st. Celsjusza. W jego chłodniejszej części zaś – krystalizują, osiadając na łopatkach, co prowadzi do szybkiej awarii i zgaśnięcia jednostki napędowej.

Dodatkowy kłopot z obłokami pyłów pochodzenia wulkanicznego jest taki, że, w odróżnieniu od chmur zwykłych, są suche, czyli  trudno wykrywalne przez radary meteorologiczne, które wykrywają przede wszystkim wodę, z której składają się chmury burzowe, cumulusy itp. Dlatego zamyka się niebo w obszarach erupcji.

Nic nowego na świecie

Podobny do „przygody” samolotu BA wypadek wydarzył się kilka lat później prawie fabrycznie nowemu Boeingowi 747-400 podczas lotu z Amsterdamu do Anchorage na Alasce, który dostał się w chmurę pyłu wulkanicznego powstałą wskutek wybuchu wulkanu Redoubt w Stanach Zjednoczonych. Podobnie jak nad Indonezją wszystkie cztery silniki zajęły się ogniem i zgasły. I znów szczęśliwie załodze udało się uruchomić je ponownie i bezpiecznie wylądować w Anchorage. W strefie zagrożenia znalazło się kilka innych samolotów – jednak te udało się w porę ostrzec.

W nowym 747-400 po incydencie trzeba było wymienić instalację klimatyzacji, wyczyścić zbiornik paliwa, naprawić systemy hydrauliczne oraz oczywiście wymienić silniki.

Rzut oka na wydarzenia związane z aktywnością wulkanów na świecie w ostatnich dekadach pokazuje, że nie jest to nic nowego i że problemy z transportem lotniczym były w takich przypadkach normą.

W roku 1991 po wybuchu góry Pinatubo na Filipinach, na wyspach uwięziona została spora cześć floty jednego z amerykańskich przewoźników.

W 1997 po erupcji wulkanu Popocatepetl w Meksyku drobnych uszkodzeń doznało kilka maszyn. Na szczęście do tragedii nie doszło.

Jednak teraz sprawa dotyczy ludnego kontynentu europejskiego i najgęstszej sieci połączeń na świecie. Paraliż transportu lotniczego nie może trwać długo – oznacza zbyt wielkie straty, nie tylko dla sektora lotniczego, ale dla całej gospodarki. Przedłużające się problemy w powietrzu prędzej czy później dotkną każdego, dotyczyć będą niemal każdego stanowiska pracy.

Dlatego bardzo chcemy, aby widok, który widzimy na pierwszym zdjęciu znów zagościł na naszym niebie.

Fot. (C) Creative Commons/Flickr, eisenbahner, Daníel Örn