Miłośnicy górskich wędrówek, dzięki tanim biletom lotniczym, mogą cieszyć się urokami łańcuchów górskich praktycznie w każdym miejscu Starego Kontynentu. Jednym z pasm, które są teraz bliżej niż kiedykolwiek wcześniej, są Pireneje. Sprawdźmy, jak zaaranżować wspinanie w górach rozpościerających się na granicy Francji i Hiszpanii, których główne szczyty przewyższają magiczny pułap 3000 m.n.p.m.

Tanio jak z Krakowa do Lourdes

Czynnikiem sprawczym mojej wyprawy w Pireneje było znalezienie taniego lotu z Krakowa do Lourdes. Ryanair obsługuje to połącznie dwa razy w tygodniu (czwartki i niedziele), a rezerwowany z kilkutygodniowym wyprzedzeniem bilet można kupić nawet za kilkadziesiąt złotych. Jeśli faktycznie wybieramy się w góry, to zapewne trzeba będzie wysupłać jeszcze kilkadziesiąt PLN na opcję priority lub bagaż rejestrowany. Inwestycja w bilet w obie strony powinna zamknąć się w kwocie ok. 400 zł, a przy odrobinie szczęścia do promocji lub regularnym śledzeniu zmian cen biletów możemy zapłacić jeszcze mniej.

Panorama Lourdes ©iStock

Panorama Lourdes ©iStock

Francuska prowincja wita

Lądując na lotnisku w Lourdes nie należy spodziewać się fajerwerków. Tarbes – Lourdes – Pyrenees (TLP) Airport ma niewielkie gabaryty, w dni powszednie na tutejszym lądowisku melduje się raptem kilkanaście maszyn, w weekendy jest ich jeszcze mniej. Miniaturowe rozmiary i niewielka przepustowość portu lotniczego mają swoje plusy i minusy. Po stronie tych drugich z pewnością należy zapisać słabo rozwiniętą sieć połączeń z okolicznymi miejscowościami, dlatego wybierając się na lotnisko TLP powinniśmy dobrze sprawdzić, czy godzina lądowania współgra z rozkładem jazdy autobusów. Z portu lotniczego możemy wydostać się korzystając z usług dwóch linii autobusowych: nr 2 Maligne Des Gaves oraz TLP Shuttle Bus (w sezonie zimowy Shuttle kursuje bezpośrednio do kurortów górskich). Ich mocno przerzedzony grafik rekompensuje niska cena – przejazd (na południe) do Lourdes lub (na północ) do Tarbes kosztuje jedynie 2 euro. Alternatywną dla tanich autobusów są wypożyczalnie aut i taksówki, a także nieśmiertelny autostop.

Droga na Col du Tourmalet ©iStock

Droga na Col du Tourmalet ©iStock

Przesiadka w sanktuarium

Obierając azymut na pirenejskie trzytysięczniki, należy udać się w kierunku Lourdes. Przystanek autobusowy ulokowany jest na prawo od wyjścia z lotniska (lotnisko jest tak kompaktowe, że nie sposób się zgubić i pominąć przystanek), a bilet można nabyć bezpośrednio u kierowcy. Jakość podróży do Lourdes zależy w dużej mierze od liczby pielgrzymów, którzy tłumnie ściągają do sanktuarium. Na tym odcinku trasy może być tłoczno, dlatego na przystanku warto pojawić się nieco wcześniej, by mieć pewność zmieszczenia się do autobusu. Załóżmy, że ta sztuka nam się udała i po niespełna 30 minutach jazdy wysiadamy przed dworcem kolejowym w Lourdes. Większość podróżnych kieruje swe kroki w stronę terenu bazyliki otoczonej kordonem sklepików z tandetnymi dewocjonaliami, natomiast dla „górali” jest to miejsce pierwszej przesiadki. Z przystanku przed tamtejszym Gare odjeżdża autobus linii 941. Dojedziemy w rejony, w których można już myśleć o trekkingu.

Cirque de Gavarnie ©iStock

Cirque de Gavarnie ©iStock

Komu w drogę, temu kolejny rozkład jazdy

Skoro wspomnieliśmy o początku trekkingu, to moim zdaniem będąc w tej części Pirenejów (i nie mając do dyspozycji samochodu) warto przyjrzeć się pięciu potencjalnym punktom startowym: Luz-Saint-Sauveur, Cauterets, Bareges oraz położonym bardziej na południe dwóm mniejszym miejscowościom: Gedre i Gavarnie. Ja startowałem z tej ostatniej, co wymagało ode mnie kolejnej zmiany autobusu. Linią 941 dotarłem do Pierrefitte-Nestalas, by na tamtejszym dworcu przesiąść się w autobus Maligne Des Graves, który kieruje się przez Gedre aż do Gavarnie. To ostatni przystanek transportu publicznego i początek szlaków dla wielu piechurów. By się tam dostać, musiałem łącznie skorzystać z trzech połączeń. Każdy kurs kosztował mnie 2 euro, a wszystkie bilety można było kupić u kierowców. Cała triada autobusowa, z przerwą na kawę w Lourdes, trwała ponad 3 godziny. Podróżowałem w niedzielę, czyli w dzień, w którym rozkłady jazdy mają do zaoferowania mniej niż w dni powszednie, stąd konieczność łączenia tak wielu elementów transportowej układanki na ledwie 60-kilometrowym odcinku.

Jezioro Gaube ©iStock

Jezioro Gaube ©iStock

W górę

Gavarnie jest stricte turystycznym miasteczkiem, żyjącym ze swej górskiej renomy oraz faktu, że jest to ostatnia miejscowość, do której prowadzi asfaltowa jezdnia. Dalej są już tylko budzące respekt góry. Wioska znajduje się w najbliższym sąsiedztwie kilku trzytysięczników, co magnetyzuje wielu turystów. Są wśród nich zarówno Ci, którzy stosunkowo łatwą trasą, pozbawioną większych przewyższeń, chcą dotrzeć na majestatycznego Cirque do Gavarnie, aby z dołu spojrzeć na okalające szczyty i tego samego dnia wrócić spacerem do swojego pensjonatu, oraz tacy, którzy podejmują rękawicę rzuconą przez Matkę Naturę i wybierają bardziej ambitne szlaki.

Stosunkowo łatwy dostęp do wdrapania się na wysokość, której nie oferują żadne góry w środkowej części Europy z pewnością napędza wyobraźnię pasjonatów górskich wojaży. Pakując plecak w Pireneje musimy jednak pamiętać, że cały czas mówimy o żywiole, potędze przyrody, w zestawieniu z którą nawet najdokładniejsze plany i najlepszy sprzęt są niewiele warte.

Baza noclegowa w środkowych Pirenejach

Osoby, które mają chrapkę na spędzenie kilku dni na łonie tutejszej przyrody, mogą skorzystać z oferty noclegowej tamtejszych schronisk. Do dyspozycji są zarówno te publiczne, odpowiednik naszych PTTK-owskich, jak i prywatne. Ani jedne, ani drugie nie należą do najtańszych przyjemności. Noc w schronisku to wydatek zwykle ponad 15 euro, przy czym w tej cenie mamy do dyspozycji miejsce na pryczy z materacem, w której śpi się ramię w ramię z innymi turystami. Cena nie obejmuje żadnego posiłku oraz prysznica, który jest dodatkowo płatny lub go po prostu nie ma. Za nocleg w prywatnym schronisku nieopodal Gavarnie, z kolacją, śniadaniem i prysznicem, zapłaciłem ponad 30 euro. Dużo, mało? To już pytanie do każdego z osobna. Oczywiście dla bardziej zdeterminowanych jest jeszcze opcja spania w namiotach „na dziko” lub rozbijania się w okolicach schronisk, by płacić tylko za posiłki i sanitariaty.

Midi d'Ossau ©iStock

Midi d'Ossau ©iStock

Viva Espana!

Szlaki w środkowej części Pirenejów nie należą do najlepiej oznaczonych. Francuscy i hiszpańscy znakarze mogliby brać korepetycje u swoich polskich czy słowackich kolegów po fachu. Wszystko, czego możemy się spodziewać spacerując w tym rejonie to żółte tabliczki na rozstajach ścieżek. W pozostałych sytuacjach jesteśmy zdani na własny zmysł orientacji w terenie, sprawny kompas lub aplikację z funkcją GPS. Bez nich, nawet zakupione na miejscu, bardziej precyzyjne mapy (koszt ok. 11 euro), mogą okazać się mało pomocne, szczególnie w sytuacjach ograniczonej widoczności. Ewentualne wyzwania nawigacyjne nie wydają się jednak straszne, gdy w perspektywie mamy możliwości zdobycia trzytysięczników.

Monte Perdido i Dolina Ordesy ©iStock

Monte Perdido i Dolina Ordesy ©iStock

Wybierając Gavarnie na swoją bazę wypadową, dysponujemy kilkoma trasami na wdrapanie się powyżej 3000 m.n.p.m. Kierując się na zachód, szlakiem GR 10, który jest główną trasą trekkingową w tym rejonie, zmierzamy w stronę lodowca Vignemale, najwyższego szczytu francuskiej części Pirenejów. Bez alpejskiego doświadczenia i specjalistycznego sprzętu na ten szczyt się nie wdrapiemy, jednak w zasięgu co bardziej krzepkich turystów pozostaje jego młodszy brat – Petit Vignemale, który wyrósł nieznacznie ponad magiczne trzy tysiące. Z Gavarnie możemy także powędrować na południowy wschód, by przez Hourquette d’Alans zaatakować Astazu Chicot, lub skierować się na południe i przez Bramę Rolanda (Breche de Roland) przeskoczyć na stronę hiszpańską, gdzie z otwartymi ramionami czekają dwa z trzech najwyższych szczytów całego pasma – Monte Perdido i Pic d’Aneto.

Szczyt Vignemale ©iStock

Szczyt Vignemale ©iStock

Spakuj zdrowy rozsądek do podręcznego

Stosunkowo łatwy dostęp do wdrapania się na wysokość, której nie oferują żadne góry w środkowej części Europy z pewnością napędza wyobraźnię pasjonatów górskich wojaży. Pakując plecak w Pireneje musimy jednak pamiętać, że cały czas mówimy o żywiole, potędze przyrody, w zestawieniu z którą nawet najdokładniejsze plany i najlepszy sprzęt są niewiele warte. Dlatego ostrząc sobie zęby na trzytysięczniki nie zapominajmy, że osiągnięcie celu nie zależy tylko od naszych umiejętności, ale także o kaprysów Matki Natury. Dobitnie przekonałem się o tym podczas ostatniego pobytu w Pirenejach, kiedy to pogoda konsekwentnie krzyżowała wszystkie moje plany. Mam nadzieję, że Wy będziecie mieli więcej szczęścia w podbijaniu Pirenejów.

Mamy najlepsze oferty lotów i hoteli w Pirenejach