0

Szwajcarska precyzja…

Na myśl o Szwajcarii do głowy przychodzą trzy rzeczy: zegarki, sery i banki. Ale osoby aktywne oczami wyobraźni widzą co innego: przede wszystkim piękne tereny do biegania czy jazdy na rowerze, ośnieżone szczyty i lazurowe jeziora.

 

Panna Anna – Anna Szczypczyńska

Drogo – to pierwsze słowo, które ciśnie się na usta, kiedy planujemy wyjazd w te rejony. Pamiętam jak dwa lata temu zrealizowałam swoje marzenie biegowe i pojechałam do St. Moritz. Noclegi, wszelkie przejazdy, kawka na mieście o kolacji już nie wspominając – tanio nie będzie i trzeba się na to przygotować. Zwykłe wyjście na obiad po całym dniu w górach to wydatek rzędu 100 PLN. Ale nawet w Szwajcarii można zjeść i spać nieco taniej.

Grindelwald – jak w raju!

Tym razem wynajęliśmy malutkie mieszkanie w samym sercu Grindelwald, gdzie odbywały się zawody Eiger Ultra Trail, z kuchnią i pełnym wyposażeniem. Zakupy zrobiliśmy w Niemczech, tam też zatankowaliśmy do pełna, więc udało się tym razem nie wydać fortuny. Zaszaleliśmy tylko raz i za skromny obiad dla 4 osób zapłaciliśmy 200 CHF! Deser zrobiliśmy sami w domu 😉

Zupełnie przez przypadek okazało się, że lepszego miejsca do spania nie mogliśmy sobie wymarzyć. Klimatyczny alpejski domek z tarasem i widok na samego Eigera, jednego ze szczytów tzw. „Wielkiej Trójki”: Eiger, Mönch i Jungfrau.

Eiger

Eiger

Eiger

 

Eiger wzbudza lęk i podziw

Trzeba przyznać, że Eiger robi wrażenie. Już samo siedzenie na tarasie i patrzenie na niego wzbudza respekt wobec srogich skał, gdzie wszystko może się wydarzyć…  Eiger to szczyt w Alpach Berneńskich, który od zawsze wzbudza lęk i podziw. Mordwand, czyli „ściana śmierci” – to jedna z nazw, jaką określa się jego północną ścianę. Dlaczego? Niestety wiele prób jej zdobycia zakończyło się tragicznie. Szczyt o wysokości 3970m n.p.m. jest najbardziej znaną górą w historii alpinizmu ekstremalnego. Każdy, kto kocha góry – bez względu na to, czy biega czy nie – po prostu musi tu zajrzeć.

Czas na zawody

Ale my tym razem nie przyjechaliśmy, by zdobywać szczyty tylko pobiegać w ich otoczeniu, tak blisko jak się tylko da. Zdecydowaliśmy się na start w zawodach Eiger Ultra Trail – jeden z biegów ze słynnego cyklu Ultra Trail World Tour. Start i meta we wspomnianym miasteczku Grindelwald, dlatego na kilka dni staje się ono mekką miłośników biegów górskich z całego świata. Pakiety startowe rozeszły się jak świeże bułeczki jeszcze w zeszłym roku. Miałam to szczęście, że wszyscy postawili na ambitny wariant: dystans 101km (6690m przewyższenia) lub 51km (3110m przewyższenia), a na krótki dystans 16km w kwietniu udało mi się jeszcze zapisać.

Panna Anna

Szwajcarska precyzja

Po organizacji zawodów widać, że jesteśmy w Szwajcarii. Wszystko zaplanowane jest w najdrobniejszym szczególe, a przy tym nie ma napięcia, stresu, nerwów. Podobno po tym można rozpoznać mieszkańców tego kraju: pracują ciężko, sumiennie, z ogromnym zaangażowaniem wypełniają swoje obowiązki, ale przy tym wszystkim cenią sobie spokój i luz. Nic dziwnego, że Szwajcaria to jeden z najbardziej uprzemysłowionych krajów świata. Dobra praca popłaca, a taką widać choćby właśnie na tych zawodach. Wszystko chodzi jak w zegarku. W szwajcarskim rzecz jasna! Na trasę nie musisz zabierać ze sobą żeli energetycznych ani przekąsek: znajdziesz je na punktach żywieniowych. W razie upałów, start przesuwany jest o godzinę wcześniej, by nie narażać zawodników na udar czy odwodnienie (tak było w tym roku w przypadku dystansu 51km – zawodnicy wystartowali godzinę wcześniej, by dłużej biec w komfortowych warunkach i uniknąć wieczornej burzy). W razie załamania pogody, zawody są wstrzymywane na jakiś czas lub zmienia się trasa biegu. Na trasie są lekarze. Jeśli któryś z nich zauważy coś niepokojącego, może zdecydować o tym, że dla danego zawodnika bieg już się zakończył. W razie jakichkolwiek problemów, zawodnicy mogą wrócić do miejsca startu i mety, tzw. gondolką.

Kąpiel w lazurowej wodzie

Po zawodach przychodzi czas na odpoczynek. Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów do Interlaken – miasto w Kantonie Berno. Mijaliśmy je po drodze i naszą uwagę przykuła krystalicznie czysta woda. Jedziemy nad jezioro, by dać nogom odpocząć po biegu górskim. Pamiętam, że już w Gryzonii najbardziej zachwyciła mnie lazurowa tafla każdego zbiornika wodnego. Ciężko było biegać w okolicy, bo każdy trening miałam ochotę kończyć w wodzie. Raz tak zrobiłam, ale to typowa krioterapia, temperatura wody pod koniec sierpnia w St. Moritz wynosiła 11 stopni, ale nic dziwnego, mówimy o mojescu poło.żonym na wysokości 1800 m n.p.m. Tutaj na szczęście jest inaczej ze względu na niższą wysokość i wyższe temperatury można spokojnie popływać! „Wchodźcie, woda ma 25 stopni” – pewien Szwajcar zachęca nas do tego, żebyśmy skorzystali z jego prywatnej plaży. To korzystamy. Pierwszy raz nie płacimy dużo, a doznania warte byłby każdych pieniędzy…

Interlaken

Podziel się: