Kocham podróże i pewnie jak większość osób nie lubię, gdy w podziwianiu piękna świata przeszkadza mi aura… Pojechałam do Włoch w czerwcu i oczekiwałam słońca i ciepła, tymczasem w Bolonii zastałam deszcz. I teraz wiem, że są takie miejsca, gdzie deszcz nie tylko nie stanowi przeszkody, przeciwnie! Jest dodatkową atrakcją. A przecież deszcz nie trwa wiecznie i gdy się skończy można zajrzeć do każdej „dziury”…

Bolonia, podobno miasto studentów – w końcu jest tu jeden z najstarszych włoskich uniwersytetów, lub dla niektórych królestwo mortadeli – te okolice słyną z wyrobu tej wędliny, dla mnie jest przede wszystkim miastem cudownych, pięknych arkad. Nie sposób spacerować tutaj i nie mieć ich nad głową cały czas. Są fantastyczne, romantyczne i zapewniają zupełną ochronę przed deszczem. Kiedyś musiały pomieścić jeźdźca na koniu więc są NAPRAWDĘ wysokie. A w całej Bolonii jest ich 37 kilometrów! Nie ma miejsca na świecie, w którym byłoby ich aż tyle.

Spacerowałam pod nimi wdychając atmosferę tego niezwykłego miasta. Oglądałam miejsca, których nie mogą pominąć turyści. Jak bazylika świętego Petroniusza, której budowę rozpoczęto w 1390 roku i nie ukończono jej do dziś. Może dlatego, że w założeniu miała być ona większa od bazyliki św. Piotra w Rzymie… W 1954 roku uznano jednak, że czas poświęcić ten kościół i dopiero wówczas odprawiono w nim pierwszą mszę. Wewnątrz znajdują się zachwycające freski, witraże i najstarsze w Europie – pochodzące z XV wieku – organy.

Gdy słońce wyszło zza chmur, wystawiłam na próbę moją kondycję fizyczną i po 489 drewnianych schodkach zbudowanych w 1119 roku wdrapałam się na wieżę Asinelli – najwyższy budynek w Bolonii. W XII wieku wieże w tym mieście były „modne”. Budowano je, ponieważ miały świadczyć o bogactwie mieszkających tu osób, dodatkowo pełniły one również funkcje obronne. Dlatego powstała ich ponad setka. Niestety tylko nielicznym udało się przezwyciężyć upływ czasu i zawieruchy wojenne. Mimo, że wejście na szczyt wymaga wysiłku, widok panoramy miasta jest w stanie wszystko wynagrodzić. Każda włoska miejscowość ma to do siebie, że patrząc na nią z góry ma się wrażenie, że domy są tak blisko siebie, że już nic więcej nie uda się pomiędzy nie wstawić. Podobnie jest tutaj. Z góry widać jakby jeden, wielki czerwony dach!

Uznałam też, że będąc w Bolonii konieczne jest zjedzenie spaghetti po bolońsku. Okazało się, że znany nam wszystkim pomidorowo-mięsny sos ma tu zupełnie inną nazwę – „ragu”. I żaden szanujący się mieszkaniec tego miasta, nie zjadłby go podanego w taki sposób, do jakiego przywykliśmy. Tu je się go z makaronem tagliatelle lub jeszcze lepiej z malutkimi pierożkami tortellini. Bolonia jest bardzo mięsnym miastem. Kuchnia jest tu ciężka, chociażby ze względu na słynne tu mortadele, ale nie tylko. Tutejsze tradycyjne placki, jak: pianina czy crescentine, również są zapiekane z mięsem.

Bolonia jest jednym z miejsc, które polecamy na tegoroczną majówkę. Zachęcamy nie tylko do odwiedzenia tego niezwykłego miasta, którego atmosferę najlepiej chłonąć przez kilka dni, ale również do skorzystania z naszej zniżki na rezerwację hotelu, która obowiązuje do 9 maja. Jeżeli na długi weekend macie już plany, to przemyślcie wizytę w Bolonii np. we wrześniu. Wówczas w mieście będzie się odbywał międzynarodowy, uliczny festiwal tańca. Największe place zamienią się w sceny, na których będzie można podziwiać niezwykłe ruchowe widowiska!

Fot. (C) Creative Commons/Flickr: Il Fatto Quotidiano, alarmowa, kiki follettosa, Riccardo Guglielmi, ramonbaile.