0

Z wizytą u Świętego Mikołaja

Kiedy przychodzi grudzień, pojawia się pierwszy śnieg, a dni robią się chłodne i krótkie – wtedy co jakiś czas w naszych myślach pojawia się grubawy, starszy pan z długaśną, siwą brodą, odziany w czerwony płaszcz i charakterystyczną czapkę. Święty Mikołaj. Dzieciaki na całym świecie nie mogą się doczekać jego wizyty, bo staruszek w wielkim worze przynosi wymarzone prezenty. Dla dorosłych Mikołaj to postać bajkowa, podobnie jak elfy pomocnicy i renifer Rudolf. Czy aby na pewno? Postanowiłam nie czekać na jego przyjazd, lecz wybrać się osobiście do siedziby Świętego Mikołaja w fińskim Rovaniemi osobiście i sprawdzić, czy on naprawdę istnieje…

Kiedy wieczorny samolot z Helsinek podchodzi do lądowania na lotnisku w Rovaniemi, za oknami jest już ciemno. Przyklejam nos do szyby, ale niewiele widzę przez zacinający śnieg. Zima pełną gębą! Nic dziwnego, w końcu doleciałam w okolice koła podbiegunowego. Lotnisko w Rovaniemi szczyci się tym, że jest oficjalnym portem lotniczym Świętego Mikołaja. Czyżby to stąd wyruszał on swoimi latającymi saniami w świat, by przynosić spełnienie marzeń ludziom na całym świecie.

Czym zaskoczy Was Bułgaria?

Co myślicie, gdy słyszycie hasło „urlop w Bułgarii”? Wielu osobom z pewnością przywodzi ono na myśl wakacje z dzieciństwa kiedy to samochodem z całą rodziną jechało się na plaże Złotych Piasków. I choć dziś nadal wielu Polaków na bułgarskie wybrzeże jeździ, to jednak stereotypowe myślenie pozostaje i krzywdzi ten piękny kraj, w którym warto zobaczyć więcej niż tylko plażę. My – jako eSky.bg – od 2008 roku mamy w Bułgarii swój oddział i z jednym z naszych kolegów postanowiliśmy porozmawiać o tym, dlaczego warto jego kraj odwiedzić.

Veselin Georgiev, jak każdy Bułgar pytany o kraj, z którego pochodzi, zaczął od tego, że jest on najpiękniejszy na ziemi. Nie przekonana drążyłam temat dalej i dostałam odpowiedź: Po prostu kup bilet i przyleć do Sofii, zero wymówek! Zobaczysz, że podróż ta będzie zupełnie wyjątkowa, i wrócisz do domu pełna przekonania, że właśnie poznałaś coś nowego, że zachwyciła cię bogata kultura i tradycja mojego kraju, nie wspominając o przyjemności jakiej doznawałaś jedząc nasze tradycyjne dania i popijając je lokalnymi trunkami.

Kuba – wyspa jak wulkan gorąca?

Czy teraz wszystko się zmieni? Nieobecność Fidela Castro może jeszcze coś zmienić? Przez ostatni rok na Kubie wydarzyło się tak wiele! W tym roku – po 88 latach – wizytę w Hawanie złożył amerykański Prezydent. Na wyspie zagrał zespół Rolling Stones, a jego lider podkreślał, że cieszy go zmiana czasów i fakt, że może na Kubie wystąpić. Od zawsze chciałam odwiedzić Kubę i udało mi się to zrobić przed Barackiem Obamą i Mick’iem Jagger’em…

Spontanicznie kupiony bilet w piątek w nocy. Po 48 godzinach byliśmy już na lotnisku w Moskwie i czekaliśmy na przesiadkę na Kubę. Z najmniej przygotowanym planem podróży… Mieliśmy wyznaczoną trasę: Hawana – Vinales – Cinfuegos – Trynidad – Camaguey – Santiago de Cuba – Hawana. Zarezerwowane noclegi w każdej z tych miejscowości. A na lotnisku w Moskwie udało się nam również zarezerwować dwa przejazdy autobusami – na dwa ostatnie odcinki podróży. Na pozostałe odcinki nie pozwalał system rezerwacyjny, twierdząc, że jest za blisko czasu wyjazdu. I tak, wylądowałam na Kubie.

OTO Barcelona!

Zdarza się, że jeden człowiek spotyka drugiego… I ten wywraca mu życie do góry nogami. I tak Justyna, świeżo upieczona magister architektury krajobrazu, spakowała się w dwie walizki i wyjechała do Barcelony… za swoją miłością, obecnym mężem, rodowitym Katalończykiem, którego poznała we wrocławskiej dyskotece.

Przyjazd do Hiszpanii od razu po studiach z minimalnym doświadczeniem zawodowym nie był łatwy, przede wszystkim okazało się, że musiałam zweryfikować moje marzenia dotyczące kariery zawodowej i zacząć od najprostszych zajęć. W momencie gdy wyjechałam – w 2011 roku – w Hiszpanii panował kryzys. Ja, choć miałam wspierającego mnie mężczyznę u boku, który pomagał mi przecierać pierwsze szlaki w mieście, cierpiałam trochę na brak znajomych i oczywiście tęskniłam za krajem. Wówczas Pau – mój mąż, namówił mnie na pisanie bloga, w którym opisuję realia życia w Barcelonie, problemy dnia codziennego, obalam stereotypy o Hiszpanii i Hiszpanach. Ponieważ w moim życiu ważna jest architektura – zresztą zaczęłam drugie studia w tym kierunku – zaczęłam pisać i o niej. Szukam w stolicy Katalonii miejsc poza turystycznymi szlakami, drążę ciekawostki. To mi się przydaje w pracy, ponieważ hobbistycznie zaczęłam oprowadzać wycieczki, po mniej utartych ścieżkach Barcelony.

Wiedeń – święta jak z bajki!

Z czym może kojarzyć się późna jesień w Wiedniu? Na pewno nie z pluchą i liśćmi na chodnikach. Stolica Austrii zmienia się w wielki bożonarodzeniowy jarmark! Przedstawiamy przedświąteczny przewodnik po metropolii nad Dunajem.

Zaczęło się w Wiedniu

Wiedeńskie jarmarki bożonarodzeniowe mają bardzo długą tradycję. Pierwsze wzmianki o tych późnojesiennych imprezach na świeżym powietrzu pochodzą już z… 1294 roku! Żadne miasto Niemiec, Austrii, czy Szwajcarii, ale też Alzacji czy Południowego Tyrolu, które jest znane z takich jarmarków, nie jest w stanie pochwalić się dłuższą tradycją. Od kilkudziesięciu lat przedświąteczne targi, wzorowane na tym wiedeńskim, są organizowane na całym świecie. Obecnie znajdziemy je w większych polskich miastach oraz w krajach takich jak: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, czy nawet… Chiny. Często bezpośrednio nawiązują nazwą do wydarzeń z Wiednia (Christkindlmarkt, Weinachtmarkt). I choć świąteczne specjały: grzane wino, piernik, czy takie atrakcje jak lodowiska można spotkać w wielu miejscach, to najlepiej wybrać się do Wiednia i przekonać się, jak wygląda wersja oryginalna. Zacznijmy zatem podróż po wiedeńskich jarmarkach świątecznych!

Witamy w kraju księcia Draculi…

Rumunia, niestety nadal nie jest krajem mocno popularnym wśród polaków. Moc stereotypów jest tak duża, że informacja: byłem na wakacjach w Rumunii bywa dużym zaskoczeniem dla osoby, która ją otrzymuje. My lubimy ten kraj! W końcu jeden z naszych serwisów siostrzanych od 2009 roku działa właśnie tam. Co w nim jest najpiękniejszego o to zapytaliśmy naszą koleżankę Iulię Boagiu.

Szkoda, że nasz kraj ma tak kiepską promocję, bo naprawdę można w nim znaleźć wszystko… Mamy piękne gory, z zapierającymi dech widokami; stare, imponujące zamki w Bran, Peleş czy w Hunedoarze; czy niesamowitą krainę Maramuresz pełną drewnianych cerkwi choc znaną przede wszystkim z “wesołego cmentarza”; dzikie tereny Delty Dunaju idealne dla rybaków, ale również miłośników przyrody i przestrzeni; jest też najsławniejsza z naszych krain – Transylwiania, kojarzona głównie z postacią hrabiego Drakuli; są cuda przyrody takie jak “Salina Turda”, Sfinks w Bucegi czy Statua Króla Decebala. Jeżeli natomiast ktoś woli mniej aktywny wypoczynek polecamy nasze kurorty nad Morzem Czarnym. A mistrzom kierownicy polecam przejażdżkę Drogą Transfogaraską, która w najwyższym punkcie wznosi się na wysokość 2042 m.n.p.m. Zbudowano ją gdy krajem rządził Nicolae Ceaușescu. Podczas jej budowy wykorzystano miliardowe sumy pieniędzy i 6 milionów kilogramów dynamitu!

Smaki Portugalii

Kto z Was zastanawiał się nad tym, czy kraje mają smaki? I jakie one są? Dziś chcemy zagłębić się w smaki Portugalii… Niejednokrotnie zachęcaliśmy Was do poznania tego niezwykłego kraju na krańcu Europy, owiedzenia Lizbony, Porto, Sintry czy Madery. Tym razem nie będziemy pisać o zabytkach, a o przepysznym jedzeniu, którym można delektować się w Portugalii. Osobiście, po kilku tygodniach, które tam spędziłam, mam swoje ulubione smaki, desery, za którymi tęsknię i wina, których zawsze poszukuję latem w Polsce, bo uważam, że są doskonałe, gdy pije się je schłodzone w upalny dzień. Jednak nadal uważam, że kuchnia tego kraju jest mało znana i gdy wspominam cudowny smak pastel de nata albo zachwycam się lekkością vino verde, nie każdy wie, za czym wzdycham.

Dlatego postanowiłam o portugalskiej kuchni porozmawiać z osobami, które są ekspertami w tym temacie, małżeństwem polsko-portugalskim prowadzącym delikatesy – Smaki Portugalii. Uważam, że za doskonałą kuchnią zawsze musi stać miłość. Dlatego lubię historię Marzeny i Goncalo Gregier – Franco, o tym jak poznali się przez internet i ona poleciała do Lizbony, by go poznać, a chwilę potem on do Jerozolimy, bo towarzyszyć jej, gdy odbywała stypendium w tym mieście… a koniec końców okazało się, że nie mogą żyć bez siebie i wspólnego gotowania. Historia do mnie przemawia i idealnie łączy temat miłości i kuchni.

Italia poza szlakiem

Magda jest człowiekiem z niezwykłą energią. Kocha podróże, jedzenie. Marzyła o tym by zostać polskim Jacques-Yves Cousteau, już w szóstej klasie szkoły podstawowej zapragnęła studiować oceanografię i swego dopięła. W szkole średniej zaczęła nurkować, by już zdobywać podstawy pod przyszły zawód. W wieku 19 lat, po pomyślnie zdanej maturze, wyjechała do Gdańska i zaczęła wymarzone studia. Ukończyła je o czasie, rozpoczęła studia doktoranckie. I nagle wszystko się zmieniło…

Poprosiłam kolegę, aby pomógł mi znaleźć wakacyjną pracę we Włoszech. Udało się, pojechałam najpierw na 2 tygodnie, ale to się przedłużyło do 2 miesięcy. A później pojechałam do Gdańska błagać mojego promotora, aby puścił mnie jeszcze na kolejnych kilka miesięcy. Przez kolejne 3 miesiące zwiedziłam całkiem spory kawałek Włoch, ale przede wszystkim mieszkałam z włoską rodziną i miałam okazję obserwować ich codzienne życie. Poznałam ich wielką rodzinę z różnych zakątków kraju i pokochałam całym sercem. Nigdy nie zapomniałam moich włoskich początków. (…) W 2010 roku zapragnęłam spełnić swoje młodzieńcze marzenie, popłynąć w rejs żaglowcem. Los podsunął mi ofertę rejsu enokulinarnego do … Włoch. Nie miałam wówczas pojęcia, co to znaczy „enokulinarny”, ale tak mi się spodobało, że popłynęłam. Teraz wiem, że to był przełom. Od tamtej pory wracam do Włoch tak często, jak tylko mogę. Poznaję wciąż nowe miejsca, nieodkryte przez masową turystykę spokojne i ciche miasteczka, ale i wpadam do tych bardziej znanych, aby się przekonać czy nadal mnie zachwycają tak, jak za pierwszym razem.

Każdy ma swój sposób podróżowania. Magda odwiedza winnice, serowarnie, producentów oliwy i lokalnej żywności. Odwiedza agroturystyki, szuka ciekawych miejsc i przede wszystkim… ludzi. Zależy jej, by to właśnie miejscowi pokazywali jej swoje okolice. Obserwuje ich emocje, gdy o nich mówią.

Jak przygotować sałatkę po grecku?

Budzić się rano i widzieć morze… Kto z Was ma takie marzenia? Marzenia to jedno, natomiast realizacja coś zupełnie innego. Mieć odwagę porzucić to co znane i stabilne, by przenieść się do kraju, w którym z jakiegoś powodu zostało nasze serce. Dorota Kamińska autorka bloga Sałatka po Grecku dobrze pamięta moment, gdy uznała, że musi zmienić swoje życie:

Pewnego dnia… Przyszedł taki moment. To była jedna myśl, po której wszystko się zmieniło. Pamiętam, że wyszłam na balkon żeby rozwiesić pranie. Widziałam przed sobą typowe wielkomiejskie blokowisko. Wtedy poczułam, że jak powietrza brakuje mi widoku na morze. Miałam w sobie taką potrzebę żeby patrzeć jak mienią się na nim promienie słońca, żeby czuć jego zapach, słyszeć jednostajny szum fal. Wtedy doszło do mnie, że fizycznie mieszkam w Polsce, ale moje serce od dawna przeprowadziło się już do Grecji. Kilka dni później złożyłam wymówienie w pracy. Dokończyłam przeciąganą od długiego czasu magisterkę i przeprowadziliśmy się – z moim przyszłym mężem do Grecji. Wiele osób pyta, czy mieszkamy tu dlatego, że mój mąż jest Grekiem. Z pewnością dzięki temu jest nam łatwiej, ale nie miało to decydującego znaczenia.

Moment, w którym serce Doroty zostało w Helladzie nastąpił półtora roku wcześniej, gdy wyjechała do tego kraju na roczne stypendium Sokratesa na wyspę Lesbos. Było to jej pierwsze zetknięcie z tym krajem. Początkowe tygodnie były więc dla niej kulturowym szokiem, z biegiem czasu zaczęła się do różnic przyzwyczajać, a potem zaczęły ją one fascynować. Pewnie dlatego, gdy przyszło jej wrócić do Polski czuła, że to był dopiero początek jej greckiej przygody. Może przywiezienie do Polski przyszłego męża – Greka – ułatwiło regularne powroty do jego ojczyzny? A może tam po prostu zostało jej serce?

Rozsmakuj się w wiedeńskim winie

Znamy wina włoskie, hiszpańskie, greckie… każdy kraj południowy szczyci się swoimi szczepami i wspaniałymi rocznikami. A wiecie o tym, że wina z prawdziwą historią powstają w austriackim Wiedniu?

Trochę o przeszłości

Jeśli wierzyć znaleziskom pestek winorośli, to już Celtowie i Ilirowie – w 500 p.n.e. – produkowali w okolicach Wiednia wino. Nie były to jednak wysokiej klasy szczepy, one przybyły w te okolice dopiero wraz z Rzymianami i zniesieniem przez cesarza Probusa (232-282 n.e.) zakazu uprawy winorośli na północ od Alp. W średniowieczu winna myśl naprawdę się tu rozpleniła – ogrody winorośli powstawały zarówno w mieście, jak i na jego obrzeżach, a założenia te przetrwały aż do  XVI wieku.

Wraz z produkcją wina pojawiły się tu również lokale, w których można go było skosztować, czyli gospody typu Heuriger. Początkowo otwierano je w piwnicach domów mieszczańskich, jednak na skutek rozwoju zabudowy po pierwszym oblężeniu tureckim z roku 1529 oraz wielkiej odbudowie miasta po drugim tureckim oblężeniu z roku 1683 gospody zaczęto lokalizować coraz bliżej obrzeży miasta.

1 2 3 48